W tygodniku „Do Rzeczy” (nr 31, 28 VII-3 VIII 2014 r.) Sławomir Cenckiewicz opublikował kolejny tekst - Nieuzasadniony odruch ’44 - krytykujący decyzję wybuchu Powstania Warszawskiego. Jednocześnie zwrócił uwagę na próby wymazania z kart historii tych wszystkich, którzy świadczyli przez lata o nieodpowiedzialności przywódców AK decydujących się na godzinę „W”.
Oto fragment artykułu:
Selektywna i fałszywa historia determinuje fałszywą pamięć, w której opowieści o rzekomo „chłodnej kalkulacji” dowódców powstania nie spotykają się z merytoryczną kontrą. Fakty te są jednak dobrze znane, a świadectwa tamtych tragicznych decyzji ogólnie dostępne w archiwach. Wynika z nich niezbicie, że przynajmniej do czasu aresztowania gen. Stefana Roweckiego w lipcu 1943 r. Komenda Główna AK sprzeciwiała się idei powstania ze względu na „chłodną kalkulację”: „Jeśli Rosjanie pobiją Niemców razem z Anglosasami i wkroczą za pobitymi Niemcami do Polski, wówczas Armia Krajowa nie ma możności ani celu podejmowania akcji zbrojnej przeciwko Niemcom. Jest to bowiem tylko zamiana okupacji niemieckiej na sowiecką. […] Kraj uważa porozumienie z Rosją za możliwe tylko w wypadku uznania naszych granic z 1939 r. oraz zapewnienia Polsce pełnej suwerenności. Albo Rosjanie są naszymi wrogami, albo sprzymierzeńcami. Wojsko musi się przygotować na gorszą ewentualność i dlatego dowódca AK proponuje dywersję na Wschodzie, opóźnienie marszu wojsk sowieckich, a nawet stoczenie walk. Na ogół jednak przewiduje pozostawienie pod okupacją sowiecką Armii Krajowej w konspiracji” („Powstanie Warszawskie”, oprac. Witold Babiński, Instytut Piłsudskiego w Nowym Jorku, Archiwum J. Łukasiewicza, t. 25). Aresztowanie „Grota” zmienia układ sił w Komendzie Głównej AK na tyle, że nie można już mówić o jakiejkolwiek „chłodnej kalkulacji” w sytuacji, kiedy dowództwo AK decyduje się na otwartą walkę z Niemcami, licząc na pomoc Sowietów, którzy w 1943 r. zerwali stosunki dyplomatyczne z Polską. Major Tadeusz Dołęga-Kamieński ps. Badacz odpowiedzialny za powstańcze kwatermistrzostwo dobrze oddał w swoich niepublikowanych wspomnieniach ową rzekomo „chłodną kalkulację”, która nie mieści się w istocie w sposobie myślenia oficera wojska: „Na szalę wypadków musimy rzucić nasz czyn zbrojny – za tym musi dojść do powstania, obojętnie na jego wynik – jako widomy dowód naszego istnienia” („Wojny polskie 1944”, Instytut Piłsudskiego w Nowym Jorku, t. 23). Rekonstrukcja procesu decyzyjnego w sprawie wybuchu Powstania Warszawskiego dowodzi, że był to rodzaj politycznego spisku połączonego z zamachem stanu. Cały proces decyzyjny w tej sprawie został faktycznie wyprowadzony poza kompetencje wodza naczelnego – gen. Kazimierza Sosnkowskiego, rzecznikiem insurekcji warszawskiej był zaś premier Stanisław Mikołajczyk – nieodpowiedzialny rebeliant, który jako premier nieuznawanego przez Moskwę rządu szykował się do rozmów ze Stalinem bez mandatu prezydenta. Wkrótce porzucił ideę legalizmu państwowego i swoim wejściem do agenturalnego rządu „jedności narodowej” żyrował sowiecki porządek w Polsce. Sosnkowski robił, co w jego mocy, by zatrzymać tryby tej prowokacji. Kilka dni przed powstaniem wysłał depeszę: „W sytuacji stworzonej przez rozwój zdarzeń przez sowieckie gwałty i fakty dokonane, wszelka myśl o powstaniu zbrojnym jest nieuzasadnionym odruchem, pozbawionym sensu politycznego, mogącym spowodować tragiczne, niepotrzebne ofiary. W tym duchu depeszuję do Dowódcy AK. Wedle mego zdania władze naczelne Rzeczypospolitej z biegu wypadków winny wysnuć nieodparty wniosek, że eksperyment ujawnienia i współpracy z Armią Czerwoną nie udał się, oraz wyciągnąć stąd konsekwencje w formie nawrotu do zasad instrukcji z dnia 27 października 1943 r. w jej pierwotnej postaci”.
O tę prawdę na temat kulis powstania Sosnkowski walczył później na emigracji...